Saturday, June 24, 2006

NADZWYCZAJNE PRZYGODY HRABIEGO ZUROWA

Właśnie skończyłem czytać Gambit Turecki pióra Borisa Akunina, pierwszy tom przygód detektywa Erasta Fandorina (Warszawa 2003). Akcja toczy się na Bałkanach podczas wojny rosyjsko-tureckiej 1877 roku. Rzecz ciekawa, świetnie napisana, zabawna. Wśród perełek znalazłem wyśmienitą postać rotmistrza grodzieńskiego pułku huzarów, hrabiego Zurowa.

Postawny oficer huzarów miał czarne włosy, zawadiackie, "nieustraszone" jak pisze autor, wąsy, lekko wypukłe oczy i nowiutki order na płaszczu. Zurow pojawił się w klubie wojskowego obozu i od razu znalazł się w centrum uwagi zgromadzonych żołnierzy i dziennikarzy. Bawił opowieściami mężczyzn, czarował kobiety. Jak dostał się do ogarniętej wojną Bułgarii? Posłuchajmy.

"A zatem, panowie, wskutek pewnych okoliczności, które znamy tylko ja i Fandorin, znalazłem się w Neapolu, po prostu na bruku. Pożyczyłem od konsula rosyjskiego pięćset rubli...więcej, kutwa, nie dał...i popłynąłem morzem do Odessy. ale po drodze diabeł mnie skusił i zagrałem w banczek z kapitanem i sternikiem. Ograli mnie, szelmy, do ostatniego grosza. Ma się rozumieć, narobiłem rabanu, nadwerężyłem nieco mienie okrętowe, no i w Konstantynopolu mnie wywalili...to znaczy, chciałem powiedzieć wysadzili na ląd, bez pieniędzy, bez rzeczy i nawet bez kapelusza. A tu zima panowie. turecka wprawdzie, ale zawszeć to zimno. Co było robić, poszedłem do naszego poselstwa. Przedarłem się przez wszystkich cerberów do samego posła, Nikołaja Pawłowicza Gnatjewa. Dusza człowiek. Pieniędzy, powiada, pożyczyć nie mogę, bo z zasady jestem wrogiem wszelkich pożyczek, ale jeśli chcesz, hrabio, mogę pana wziąć do siebie jako adiutanta - dzielni oficerowie zawsze są mi potrzebni. w tym przypadku otrzyma pan zwrot kosztów i całą resztę. No więc zostałem adiutantem.

- Samego Gnatjewa? - Sobolew pokiwał głową. - Widać chytry lis dostrzegł w panu coś szczególnego.

Zurow skromnie rozłożył ręce i ciągnął opowieść.

- Od razu pierwszego dnia nowej służby wywołałem konflikt międzynarodowy i wymianę not dyplomatycznych. Nikołaj Pawłowicz wyprawił mnie z zapytaniem do znanego świętoszka i rusofoba Hasana Hajrułły. To najważniejszy pop u Turków, coś jak papież.

- Szejch-ul-islam - uściślił notujący wszystko McLaughlin. - Raczej ktoś w rodzaju waszego oberprokuratora Synodu.

- O to, to. - Zurow kiwnął głową. - Właśnie mówię. No i z tym Hajrułłą od razu się sobie nie spodobaliśmy. Ja mu przez tłumacza klaruje, co i jak: "Wasza eminencjo, mam pilny list od generała-adiutanta Gnatjewa". A ten, sobaka, łypie oczami i odpowiada po francusku - specjalnie, żeby dragoman (tłumacz - rp) nie złagodził: " Teraz pora na modlitwę. Czekaj." Siada w kucki, twarzą do Mekki, i dalej przygadywać: "O wielki i wszechmogący Allachu, okaż łaskę twemu wiernemu słudze, daj mu, nim umrze, zobaczyć, jak smażą się w piekle podli giaurowie, niegodni deptać Twoją świętą ziemię". No, nieźle. Od kiedy to do Allacha modlą się po francusku? Dobra, myślę sobie, to ja też wprowadzę nowinkę do naszej prawosławnej wiary. Hajrułła odwraca się do mnie, gębę ma zadowoloną - no bo jakże: pokazał giaurowie, gdzie jego miejsce. "Dawaj list twego generała" - mówi. "Pardonnez moi, eminence - odpowiadam. - My, Rosjanie, mamy teraz akurat poranne nabożeństwo. niech eminencja chwileczkę poczeka". buch na kolana i modlę się w języku Corneille'a i hrabiego Monte Christo: " Boże wszechmogący, uraduj grzesznego sługę twego, bojarzyna...chciałem powiedzieć, chevalier Ipolita...i pozwól mu oglądać, jak psy muzułmańskie smażą się na patelni". No, krótko mówiąc, nieco skomplikowałem i bez tego niełatwe stosunki rosyjsko-tureckie. Hajrułła nie przyjął listu, głośno zaklął po swojemu i wyrzucił mnie za drzwi razem z dragomanem. Nikołaj Pawłowicz, no cóż...dla przyzwoitości mnie zbeształ, ale myślę, że był zadowolony. Wiedział pewnie, kogo posyłać, do kogo i po co.

- Brawo, po turkiestańsku - pochwalił Sobolew.

- Ale niezbyt dyplomatycznie - dociął kapitan Pieriepiołkin, niechętnie patrząc na nonszalanckiego huzara.

- Toteż niedługo byłem dyplomatą - westchnął Zurow i w zadumie dodał: - Widać to nie moja niwa."

Zurow opowiada dalej o tym jak pewna muzułmanka z zasłonięta twarzą w karocy, posłała mu dłonią pocałunek

(...) Czy po czymś takim mogłem obrazić damę brakiem uwagi? chwytam klacz za uzdę, zatrzymuję pojazd, chcę się pasażerce przedstawić. A tu eunuch, ten but glancowany, jak nie chlaśnie mnie batem w pysk! Co miałem począć? Wyjąłem szablę, przeszyłem gbura na wylot, wytarłem klingę o ten jego jedwabny kaftan i niewesoły wróciłem do domu. Nie ślicznotka mi była już w głowie. Czułem, że to się dobrze nie skończy. No i wykrakałem: koniec historii był paskudny."

Okazało się, że kobieta okazała się żoną sułtana Abdulhamida II, podobnie eunuch. Zurow dostał 24 godziny na opuszczenie Turcji. Wsiadł na statek pocztowy i popłynął do Odessy. "Dobrze chociaż, że prędko zaczęła się wojna" - stwierdza nasz zuch (strony 66-68).

Na tym, oczywiście, opisane przez Akunina przygody Zurowa nie skończyły się. Kto ma ochotę niech zajrzy do powieści. Może wkrótce będziemy mogli obejrzeć rosyjsko-bułgarską ekranizację Tureckiego Gambitu. Światowa premiera odbyła się w lutym ubiegłego roku.

Znacie Państwo ciekawe opisy awanturników, łowców przygód i podróżników? Piszcie!

2 Comments:

Blogger hgf said...

Dzień dobry,

Gorąco polecam całą serię o Eraście Pietrowiczu Fandorinie. ("Turecki Gambit" to nawiasem mówiąc drugi tom - pierwszy jest "Azazel", w którym poznajemy barwnego hrabiego Zurowa, który jest przy okazji jednym z moich ulubionych bohaterów literackich).
Świetny też Arturo Perez-Reverte.

Pewnie mój komentarz jest mocno spóźniony i już Pan to wszystko wie, ale jednak nie oparłam się przyjemności polecenia mojego ulubionego Akunina :)
pozdrawiam,
Agnieszka

4:29 PM  
Blogger Rafał Panas said...

Witam w klubie miłośników Fandorina :) Przyznam, że muszę nadrobić zaległości, zatrzymałem się na "Gambicie"...

Za to Perez-Reverte to rzeczywiście świetny pisarza. A czy sięga Pani po klasyków gatunku? Ostatnio z dużą przyjemnością przeczytałem "Hrabiego Monte Christo".

Dziękuję za wpis i pozdrawiam

rp

4:39 PM  

Post a Comment

Subscribe to Post Comments [Atom]

<< Home